Bukowe Berdo i Tarnica – czerwiec w Bieszczadach

„Zabierasz plecak, wygodne buty i trochę forsy z banku.

Ostatni raz podążasz na miasto wakacyjnego poranka.

Ruszasz w Bieszczady, patrzysz na niebo, obłoki wędrujące.

Wśród nich są także twoje marzenia i roześmiane słońce.”

Zespół Wołosatki

 

No… może nie „wakacyjnego poranka”, tylko „czerwcowego popołudnia”. A zaczęło się w Krakowie.

Sobota 04.06.2016

Bilet na Polski Bus relacji Kraków – Rzeszów kupiony był dzień wcześniej. Miałem dotrzeć właśnie do stolicy Podkarpacia, gdzie spotkałbym się z tatą, jadącym od Niska i już wspólnie podążyć samochodem w Bieszczady. Ale, że na koncercie plenerowym w krakowskich Bronowicach (tzw. Bronowiance, gdzie wystąpiłem z akordeonem, a po mnie koledzy ze swoimi wokalami) trochę się przedłużyło i, że na przystanku MPK w pobliżu internatu czekałem dłużej, niż planowałem, Polski Bus z dworca głównego odjechał beze mnie. Pogodziłem się z tym, jeszcze stojąc na owym przystanku.

Oczekiwanie na autobus

Oczekiwanie na autobus

W Bieszczady jednak pojechać musiałem, więc na górną płytę dworca dojechałem. Z pomocą pewnego sympatycznego pana (o bardzo aktorskiej barwie głosu i zaciekawieniu na widok mojej kulki przy białej lasce), szukałem autobusu („A nuż coś się opóźniło”), a po znalezieniu Polskiego Busa jedynie do Wrocławia, trafiłem do kas. Zaopatrzyłem się w bilet na kolejny autobus do Rzeszowa oraz serowego obwarzanka w małej budce i czatowałem przy stanowisku, m.in. rozmyślając z siedzącą obok panią, gdzie dokładnie leży Hrubieszów (miejsce docelowe mojego autobusu). Nie zajechałem jednak nim daleko, gdyż po konsultacji z tatą i zmianie planów, wysiadłem w Tarnowie. W pobliżu tamtejszego dworca przechodzili akurat kibice Cracovii, o czym dali mi znać głośnym, acz krótkim skandowaniem. Szybko też pojawił się i tata. Wszystko to dla zaoszczędzenia czasu. Ruszyliśmy spod zabytkowego budynku dworca PKP. W Tarnowie w zasadzie nie byliśmy nigdy, a dzięki naszej nawigacji GPS, niechcący poznaliśmy stare miasto, przejeżdżając przez wąskie, ale bardzo ładne uliczki z kamienicami i kocimi łbami.

Na autostradzie do Rzeszowa rozważaliśmy trzy, przygotowane przez tatę opcje zdobywania bieszczadzkich szczytów. Jednak zamiast trasy do przejścia, wybraliśmy stację benzynową (postój, tzw. Sikunda).

Słuchając piosenek turystycznych, jechaliśmy dużą pętlą bieszczadzką, która zaczęła się w Lesku. W okolicach Ustrzyk Dolnych zaczęliśmy się zanurzać w zieloność i spokój bieszczadzkiej krainy łagodności. Celem naszym był zarezerwowany nocleg w Lutowiskach (głównej wsi jednej z największych gmin w Polsce). Kilka kilometrów przed nią, spragnieni jedzenia (i to regionalnego) zatrzymaliśmy się w sympatycznie wyglądającym barze. Było kilka minut do zamknięcia, jednak pani właścicielka przywitała nas słowami: „Jak ja jestem, to znaczy, że jest otwarte”. Otworzyła kuchnię, włączyła cicho muzykę i szybko przyrządziła wybrane przez nas dwa bardzo dobre placki po bieszczadzku. Mimo, że pałaszowaliśmy tuż przy pętli bieszczadzkiej, siedzieliśmy w niemal całkowitej ciszy, bo ruch samochodowy był naprawdę znikomy. Pojazdy przejeżdżały z częstotliwością ok. jeden na pięć minut. Sezon górski jeszcze się bowiem nie zaczął. Ze śpiewu ptaków wyłowiłem pierwszy gatunek, na który czekałem – pliszkę górską.

Nagranie: Pliszka górska (Motacilla cinerea)                                                                                    – Ta nagrana akurat następnego poranka.

Obok baru znajdowała się zagroda z danielami i jednym młodym jeleniem mandżurskim, dla których nawet na chwilę porzuciliśmy smaczne jedzenie, abym mógł zobaczyć kopytne z bliska. Ponieważ nie podchodziły, pani udało się przywabić daniela Bysia, który wcale chętnie dał się nakarmić z ręki.

Daniel Bysio

Daniel Bysio

Nasyceni dotarliśmy do Lutowisk. Trochę pobłądziliśmy, ale, po telefonicznych konsultacjach z właścicielem noclegu, trafiliśmy pod mały, drewniany, piętrowy domek z łazienką, aneksem kuchennym, czterema łóżkami i szemrzącym strumieniem obok. Rewelacja. Iście bieszczadzko.

Po wniesieniu do środka naszych rzeczy, przez drzwi wychynęła głowa dużego psa, za którą podążyła reszta. Wszedł, merdając ogonem na powitanie, pokręcił się i wyszedł z nami. My udaliśmy się polną drogą ku łąkom i lasowi, a on skierował się w stronę spacerującej dziewczyny, która zareagowała na to pojedynczym głosem szczekającego lisa. Przynajmniej takie było moje pierwsze skojarzenie, bo dziewczyny nie widziałem.

W bardzo ciemnej szarówce wieczoru okrążyliśmy niewielki staw, w którym odzywały się rzekotki drzewne i drugi oczekiwany gatunek – kumaki górskie, które, w odróżnieniu od nizinnych, mają wyższe i jakby bardziej jęczące kumkania. Nagranie niestety nie wyszło za dobrze, bo kumaki usadowiły się pośrodku tego stawu. Nieopodal, na łące stała pasieka, obok ogrodzenie pod napięciem, którego regularne, pojedyncze, ciche trzaski wziąłem początkowo za głos kontaktowy kląskawki, a dalej zaczynał się las. Do taty zadzwonił właściciel naszego domku z pytaniem, czy nie widzieliśmy jego… psa. Wkrótce od strony domku dało się słyszeć wabienie. Poza tym gdzieś nieopodal odzywały się dwa derkacze i gromadka świerszczy, w stawie kumaki kumały ciągle, rzekotki – na zmianę: zaczynały i milkły, a w Lutowiskach co jakiś czas zaszczekał pies, ktoś zagadał albo przejechał samochód.

Nagranie: Poranek w Bieszczadach (6 min 25 s)

Rano wystawiłem rejestrator za okno, by uwiecznić skromny koncert ze strzyżykiem, dwoma śpiewakami, dwoma ziębami i pliszką górską, która usiadła na wprost okna i której obecność na nagraniu, ku uciesze odkryłem dopiero w domu.

domek

Gdy po wyprowadzeniu z domku tata poszedł nas wymeldować, zrobiłem jeszcze szybkie nagranie strzyżyka nad szemrzącym strumieniem, wśród niezwykłego spokoju, promieni słońca, zielonych krzewów i koron drzew, a za statyw posłużył mi (i tu się kończy wykreowany klimat tamtej chwili) – kubeł na śmieci.

Nagranie: Potok na wsi

Szybko dojechaliśmy na polanę z trawiastym parkingiem w Mucznem – początek żółtego szlaku na Bukowe Berdo (Połoninę Dźwiniacką), a jednocześnie ścieżki przyrodniczej o nazwie właśnie tego pasma. Miejsce to rozbrzmiewało śpiewem cierniówki, kapturek, kopciuszka i, rzadkiego gatunku – wójcika. Kupiliśmy bilety wstępu na szlak i polecaną przez sprzedawcę sklepiku mapę Bieszczad, której materiał podobno posiada właściwości zafoliowanego papieru.

Tablice na początku szlaku BPN

Tablice na początku szlaku BPN

Wędrówka była przyjemna pod wieloma względami. Pogoda – nieupalna i na razie słoneczna, niewiele błota i ludzi (do szczytu Bukowego tylko dwanaście osób).

Bieszczadzki las

Bieszczadzki las

W lesie, oprócz najpopularniejszych ptaków dało się słyszeć: 7 najmniejszych ptaków w Polsce (6 zniczków i mysikrólik), pokrzywnica (do której podszedłem za blisko i niechcący uciszyłem ją, za co teraz bardzo pluję sobie w brodę), 10 strzyżyków (górskie lasy z licznymi potokami, to dla nich raj) i tylko dwie kukułki.

Nagranie: Śpiew ptaków w górskim lesie (4 min 21 s)  – Słychać co najmniej trzy zniczki (ich śpiew, to najwyższe, cieniutkie piski). Poza tym: zięby, kapturki, strzyżyki. Przy okazji nagrywania była przerwa na odpoczynek.

Widok w stronę Mucznego

Widok w stronę Mucznego

Po wyjściu na pasmo połonin za nami ukazało się Muczne. Awifauna zmieniła się na dużą ilość siwerniaków i świergotków drzewnych, których, co ciekawe, w lesie nie było, a takie środowisko lubią one najbardziej. Minęliśmy też derkacza. Zatrzymaliśmy się na szczycie Szołtyni (pierwszy z trzech Bukowego Berda) o wysokości 1201 m n.p.m. Tablica głosiła, że na Krzemień czas przejścia zajmuje 45 minut, a na Tarnicę – dodatkowe pół godziny. Bardzo kusząca propozycja od gór.

Siwerniak

Siwerniak, świergotek górski                           (Anthus spinoletta)

Od tej chwili poruszaliśmy się już szlakiem niebieskim, mającym początek w Ustrzykach Dolnych. Wędrując w stronę docelowych szczytów mijaliśmy po drodze kolejne siwerniaki, świergotki drzewne oraz, gdy zaczęły się zarośla i niższe drzewa – cierniówki, rudziki, kapturki, piecuszki, kopciuszka i liczne pszczoły przy obsadzonymi kwiatami krzewach.

Nagranie: Głosy kontaktowe przelatujących świergotków drzewnych (Anthus Trivialis)

Kamienny szlak

Kamienny szlak

W pewnym momencie szlak wiódł przez zagajnik – niski, ale dość trudny do przejścia przez wystające kamienie z piaskowca (jest to najbardziej kamienisty szlak Bieszczad), a także korzenie i gałęzie, które mogły należeć do olchy zielonej lub wierzby śląskiej. O ich występowaniu głosiła jedna z małych tabliczek Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Drzewa te towarzyszą zaroślom jarzębinowym, które, jak było napisane, występują na północnych i wschodnich zboczach Bukowego Berda i w miejscach osłoniętych od wiatru.

W tym zagajniku zrobiłem najlepsze jak dotąd nagranie kapturki. Jej śpiew wyszedł wyraźnie i soczyście.

Nagranie: Kapturka (Sylvia atricapilla) w pobliżu szczytu Bukowego BerdaS                             – Słychać też ziębę i piecuszka.

Zacząłem tu też żałować, że nie wziąłem z samochodu białej laski, która na pewno objęłaby sensacją szczyt Tarnicy. Przede wszystkim jednak, jej plastikowa, obrotowa końcówka (o której wspomniałem na początku), przy schodzeniu w dół, z łatwością przemieszczałaby się po kamieniach. Inna sprawa, jak by po tym bieszczadzkim wędrowaniu wyglądała. Natomiast cienka, drewniana końcówka kija, zrobionego z gałęzi, który często w górach wykorzystywany jest do podpierania, nie zdałaby egzaminu.

 

Skała na szlaku

Skała na szlaku

Środkowy szczyt Bukowego Berda (1238 m n.p.m.) minęliśmy niepostrzeżenie. Był on jeszcze przed zagajnikiem.

Na najwyższym szczycie (o czym jeszcze wtedy niestety nie wiedzieliśmy) na wysokości 1313 m n.p.m. było kilka osób, zasłużona bułka, świergotki drzewne i kruk niedaleko (nie wiem, czy zasłużony). Były też SMS–y z pozdrowieniami do rodziny, w tym do mamy, zwiedzającej z grupą akurat tego weekendu Góry Stołowe.

Krzemień (1335 m n.p.m.) osiągnęliśmy szybko, mijając po drodze dwa derkacze. Okazało się, że dojście na sam pobliski szczyt było zagrodzone przez pracowników parku narodowego. Skręciliśmy więc w prawo – na szlak na Tarnicę, poprzedzając to krótkim odpoczynkiem (ileż zmian w nastawieniu organizmu do dalszej wędrówki potrafią zdziałać dwa zwykłe łyki wody).

W tym miejscu zaczęły się schody. Jednak dosłownie. Schodziliśmy nimi długim odcinkiem dość stromo w dół, a przy ich końcu doszliśmy do rozwidlenia dróg: pierwsza na Halicz i rozsypany szczytowo Rozsypaniec oraz druga – na Tarnicę. W pobliżu tego skrzyżowania kolejne dwa derkacze. My kontynuowaliśmy dojście na najwyższy szczyt polskich Bieszczad i wkrótce droga znów się podniosła, pojawiły się kamienie, a potem i schody. Bardzo dużo schodów.

Schody między Krzemieniem a Tarnicą

Schody między Krzemieniem a Tarnicą

W zeszłym roku (2015) Bieszczadzki Park Narodowy zmodernizował znacząco m.in. tę trasę (Krzemień – Tarnica), budując kilkaset schodów (progów erozyjnych) z barierkami z taśm, przypominających samochodowe pasy bezpieczeństwa i ułatwiających wspinaczkę po tych dwóch, jakże długich klatkach schodowych, kiedy już nawet łyki wody mięśniom nóg nie pomagają. Bardzo dobre rozwiązanie. Jednak, jak można przeczytać na stronie internetowej parku, nadrzędnym celem budowy stopni „była ochrona gleby przed erozją i roślinności w otoczeniu oraz podnoszenie bezpieczeństwa osób wędrujących”. Zapobiegają one zabłacaniu się szlaku, tworzeniu rowów i osuwaniu kamieni, a więc i wydeptywaniu przez turystów nowych ścieżek i niszczenie chronionej roślinności. Poza tym, schodzenie po nich jest wygodniejsze, zwłaszcza dla osób z dużym ubytkiem wzroku (w tym dla mnie), zważywszy na brak kamieni i gładkie stąpanie. Chociaż np. pod górę wolę wspinać się właśnie po bardziej naturalnym i nieregularnym podłożu (jest ciekawiej). Naprawdę, szacunek dla robotników, którzy uformowali tak ogromną liczbę stopni i wzbogacili każdy o drewnianą belkę, przymocowaną do prowadnicy.

Co do braku sił, z pomocą przychodzą też siwerniaki, które zmuszają do przysiadnięcia na schodku i robienia osłony wiatrowej przy ich rejestrowaniu. Są to przystanki jednak dość męczące, gdyż należy odsapywać bezgłośnie, by nie zepsuć nagrania, że już o późniejszym, uciążliwym wyrywaniu zapuszczonych w siedzisko z powodu zmęczenia korzeni nie wspomnę. Chociaż akurat wtedy z tym problemów nie miałem. Niestety moje starania podczas tej wyprawy nie przyniosły rezultatu. Siwerniak w zasadzie nie został nagrany.

Widok z Tarnicy na połoniny

Widok z Tarnicy na połoniny

Zdjęcie: Widok z Tarnicy

W pobliżu szczytu Tarnicy minęliśmy kolejne rozgałęzienie: na nasz punkt docelowy i dwa szlaki w dół: do Wołosatego oraz Ustrzyk Górnych.

Na szczycie (1346 m n.p.m.) było łącznie niewiele ponad dwadzieścia osób, więc tłumów tam też nie było.

Na szczycie Tarnicy

Turyści i krzyż na szczycie Tarnicy

W drodze powrotnej zeszliśmy kilka kroków w lewo nad małe źródełko z wodą, płytko toczącą się po kamyczkach. Przy okazji zrobiliśmy miejsce dwóm rowerzystom górskim.

Żródełko

Źródełko

Wracaliśmy tą samą drogą. Przy wchodzeniu na Krzemień, pewien pan z kijkami zawzięcie deptał nam po piętach, a my z jeszcze większą zawziętością od niego uciekaliśmy. Gdy nasza trójka zdobyła górę, ostatni z niej niemal wykrzyknął: „O, ale tu pięknie! […] Życie jest piękne!”. Po chwili zjawiła się i jego współturystka, a my ruszyliśmy dalej. Z kolei na kolejnym szczycie Bukowego nie mogłem się oddać pokusie opadnięcia na trawę.

Na zachodzie od jakiegoś czasu kłębiły się ciemne chmury, a wkrótce obficie skąpały w deszczu Połoniny i ich okolice. Kilka razy nawet zamruczały złowrogo, ale my szliśmy ciągle w słońcu. Liczbę postojów trzeba było jednak ograniczyć i zmierzać szybko na parking.

W pewnym momencie minęliśmy się z żeńską, idącą na szczyt trójką, niosącą plecaki – większe chyba, niż one same. Być może skrywały namioty.

Dziewczyny z plecakami

Dziewczyny z plecakami

Kilka razy wydawało się, że to za zbliżającym się wzniesieniem zacznie się droga w dół, jednak po wejściu na niego ukazywało się kolejnych kilkaset metrów drogi grzbietu górskiego. W końcu dotarliśmy do Szołtyni, z której szliśmy już tylko w dół i szybko zanurzyliśmy się w las. Czekała tam na nas ciekawa niespodzianka, którą poprzedziła muchołówka białoszyja, a na nią również liczyłem. Niestety wykonywała tylko swój charakterystyczny przerywnik w formie krótkich, lekko opadających pisków, występujących za zwyczaj między poszczególnymi piosenkami. Wtedy jednak było to coś na kształt głosu kontaktowego. Po usadowieniu rejestratora na ziemi, muchołówka szybko umilkła. Lekki powiew wiatru zatrząsł natomiast koronami drzew, a z liści na ziemię spadło trochę kropel wody. Było to ciekawe zjawisko, bo najpierw pokapało po naszej prawej stronie, po czym wolno przeniosło się na lewą, w miarę przechodzenia wiatru. Słychać to na poniższym nagraniu – w słuchawkach lub szeroko rozstawionych głośnikach.

Nagranie: Spadające z liści krople wody

Po pewnym czasie marszu dotarło do nas pobliskie kucie jakiegoś dzięcioła. Brzmiało zwyczajnie, jednak w takim miejscu zawsze warto upewnić się, co do gatunku. W lornetce taty ptak przypominał naszego pierwszego… dzięcioła trójpalczastego. Na ekranie aparatu zresztą też.

Dzięcioł trójpalczasty (Picoides tridactylus)

Dzięcioł trójpalczasty (Picoides tridactylus)

Nasza obecność w ogóle mu nie przeszkadzała. Najpierw opukiwał pień drzewa, po czym zaczął repecić niski pniak obok, co chwilę zmieniając pozycję i kąt nachylenia. Przyjemnie było z nim obcować, ale trójpalczak w końcu odleciał, jednak spokojnie. Bardzo dobry akcent prawie na koniec.

Mieliśmy jeszcze trochę do przejścia, ale zleciało szybko. Okazało się, że, gdy my, susi wędrowaliśmy po szczytach, piętro lasu dostało dość sporą dawkę deszczu, bo droga pokryta była błotem w o wiele większej ilości, niż rano. Stąd ta woda z liści przy muchołówce.

Na parkingu przy samochodzie jeszcze raz oddałem się przyjemnemu lenistwu w trawie. Soczysta zieleń, słońce, całkowity spokój, nieliczne ptaki i dwa kumaki (czyli schemat, który już się pojawiał) przyniosły krótką drzemkę – najprzyjemniejszą od wielu miesięcy.

Po przebraniu się w samochodzie, ruszyliśmy do Lutowisk, gdzie w centrum zamówiliśmy lutowyszcze – danie bardzo podobne do placka po bieszczadzku. Zwieńczeniem weekendowej przygody była wyszukana internetowo w drodze msza w zabytkowym kościele w Lesku.

Przybyło pięć nowych ptaków w tym roku, jedna życiówka, trochę nagrań, dużo spieczonej skóry na karku, a jeszcze więcej wrażeń. Co prawda ornitofauna i kolekcja nagrań mogła być bogatsza, ale zachęca to do dalszych wyjazdów w góry, a za ten bardzo tacie dziękuję.

Może te liczne zachwyty nad przyrodą i cieszenie się dla niektórych zwykłymi sytuacjami może się wydawać dziwne, ale ja tak już mam. I nie traktujcie tego z punktu widzenia słabowidzącego, który wyrwał się z miasta i odkrył wypoczynek na świeżym powietrzu. My (środowisko niewidzące) i tak wbrew pozorom „widzimy” dużo. To prawda, że są osoby, które kurczowo trzymają się swoich przysłowiowych, a nawet i dosłownych czterech ścian (w ekstremalnych warunkach dwóch, czy jednej, gdy mieszka się wraz z innymi w internatowym pokoju) i gdy już wyjdą, cieszy ich każdy ptak, czy ciepło promienia słońca. I nie jest to przyczyna braku możliwości wyjścia, czy wyjazdu, a braku chęci i potrzeby. Wielki to błąd i trzeba z tym walczyć.

A ja po prostu tamtego weekendu na każdym kroku odpoczywałem od budynku i wielkomiejskiego ruchu. Poza tym warto w czasie takich wyjazdów wyrzucić z walizki naszą codzienność, zatrzymać się i zadumać na przykład nad tym, że… „Życie jest piękne” :), jak mówił turysta ze szczytu Krzemienia. Miał gość rację.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry, W terenie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s