Zapożyczenia u ptaków – cz.1

Na podstawie własnych obserwacji wgłębię się w tym artykule w stosowanie przez ptaki (wyłącznie polskie) imitacji głosów innych gatunków. Zapraszam tym razem więc na bardziej naukowy wpis..

Zacznijmy od tego, które z naszych rodzimych gatunków posiadają tę umiejętność.

Drozd śpiewak

Drozd śpiewak (Turdus philomelos)

Jak się okazuje, lista jest całkiem pokaźna. Nie zamyka się tylko na szpaku, sójce (tudzież innych krukowatych), łozówce, gilu (bo te podaje najczęściej literatura, z której najwięcej wspaniała seria Tomasza Ogrodowczyka „Jaki To Ptak”, dorzucając jeszcze kilka ptaków). Głosy innych gatunków imituje też: pleszka, muchołówka żałobna, kos, śpiewak, zaganiacz, cierniówka, kapturka, zaroślówka (u nas bardzo rzadka), pokląskwa, gąsiorek, skowronek polny, dzierlatka (również niezwykle rzadka), czyż, poniekąd krzyżodzioby, a bywa, że i rudzik. Robią to jednak rzadziej lub w mniej rzucający się w uszy sposób, niż te pierwsze gatunki.

Warto tu dodać, że ptaki, poza krukowatymi, wykorzystują zapożyczenia tylko w śpiewie (a więc robią to tylko samce). Wszystkie inne rodzaje głosów mają już własne. Znajomy jednak kiedyś powiedział mi: „Bogatka może przecież odzywać się, jak inne sikory” (sosnówka, modraszka, czarnogłówka). Rzeczywiście, może (tylko podczas używania głosów kontaktowych), ale myślę, że nie należy tego traktować, jako próba naśladownictwa, tylko, jako po prostu te same dźwięki w repertuarach sikor.

Po co ptaki naśladują dźwięki?

Szpak śpiewa

Szpak śpiewa (Sturdus vulgaris)

Wiadomo, że po to, by przypodobać się partnerce. Może to coś na zasadzie: „Patrz, ile ich tu jest. Ja mogę naśladować głosy ich wszystkich, a oni tylko wydawać te swoje”. I tu się zaczyna pole do popisu dla samców: Stwórz jak najbardziej bogatą piosenkę, a najlepsze panienki – twoje. Tyczy się to z resztą do wszystkich ptaków śpiewających i nie tylko, a nawet nas. Chodzi tu więc też o wyróżnienie się spośród innych osobników tego samego gatunku.

Drugi powód, to chęć odstraszenia intruza lub po prostu niechcianego osobnika. Z tym spotkałem się tylko u sójki. Obserwowałem kiedyś, jak ptak ten latał tu i tam i, wykorzystując zdolności naśladowcze, wydawał miauczenie kota i modyfikował głos myszołowa, aby zwrócić na siebie uwagę naszej kotki. Tym samym chciał odciągnąć ją od gniazda z młodymi obok. Tacie udało się to sfilmować. Szkoda tylko, że sójkowy rodzic nie wiedział o kompletnym braku zainteresowania gniazdem ze strony kotki i że męczył się na darmo.

Doszedłem jednak do wniosku, że jest jeszcze jeden powód, dlaczego ptaki naśladują dźwięki. Chodzi o sytuacje, w których samiec czuje się niepewnie. Naśladując w obliczu zagrożenia głosy różnych gatunków, ptak akustycznie wtapia się w otoczenie, by zmylić intruza. Udaje, że go po prostu nie ma. Najczęściej robi tak kapturka, cierniówka, czy pleszka. Ale szerzej o tym napiszę w drugiej części artykułu.

Nagrania – przykłady

  • Szpak 1 (Sturdus vulgaris) – Śpiew w budce lęgowej. Takie nagranie, dzięki bliskości mikrofonu i potęgowaniu śpiewu przez ściany budki, wyraźnie pokazuje szerokie możliwości szpaka w zakresie zapożyczeń oraz tworzenia z nich miksów. Szpak może bowiem, jako jeden z niewielu ptaków Polski wydawać kilka dźwięków na raz. Ponad to bardzo chętnie je zapętla, modyfikuje, skraca. Chylę czoła przed tymi popisami. W tym nagraniu szpak naśladuje różne dźwięki – od mazurka i kosa, przez kwiczoła i psa, po straż pożarną i nienaoliwione taczki…
  • Szpak 2 – Tu w śpiewie pojawia się gdakanie kury.
  • Szpak 3 – Luźno wydawany pisk dziecka i syrena straży pożarnej
  • Łozówka (Acrocephalus palustris / Marsh warbler) – Czasami łozówka lubi powtarzać zapożyczenie w kółko, nawet przez kilkanaście sekund. Tu pojawia się: bogatka, przepiórka, zaniepokojone: dymówka, kos i mazurek (oraz jego śpiew), gąsiorek, szczygieł.
  • Sójka (Garrulus glandarius) – Naśladowanie: myszołowa i wspomnianego miauczenia kota (luźno wydawane dźwięki) oraz bogatki, czapli siwej, przestraszonej sierpówki z jej świstem skrzydeł i żurawia (wszystko w śpiewie – zawsze cichym i niepozornym).
  • Pleszka (Phoenicurus Phoenicurus) – U niej naśladownictwa są tylko na końcach zwrotek. Ile razy słucham śpiewu pleszki, z niecierpliwością czekam na kolejną zwrotkę, aby odgadnąć, jaki gatunek tym razem wykorzystała. Tu: zięba (zaniepokojona), wilga (śpiew), czubatka, kowalik, sosnówka, grubodziób, samotnik, czapla siwa, sieweczka rzeczna, sroka, dymówka, czy przeciągłe zawodzenie dzięcioła czarnego. Kiedy indziej spotkałem się też ze śpiewem: strzyżyka i chyba któregoś z pełzaczy w dziobie pleszki.
  • Cierniówka (Sylvia communis) – U niej zapożyczenia występują tylko we wspomnianych wcześniej sytuacjach niepewnych. Tu naśladuje m.in.: myszołowa, wilgę i dymówkę.
  • Kapturka (Sylvia atricapilla) – Również niepewność. Imitacje: łozówki, bogatki, śpiewaka, zaniepokojonego i śpiewającego kosa. W śpiewie swobodnym kapturki jednak też mogą pojawić się zapożyczenia.
  • Kos (Turdus merula) – Naśladownictwa tylko u niektórych osobników i to w krótkich, rwanych zwrotkach. Ten naśladuje: dzięcioła dużego, bogatkę, kwiczoła, pliszkę siwą i górską, czyża, skowronka, jaskółkę brzegówkę, drozda śpiewaka i raz wplótł własny głos zaniepokojenia.

Lista ulubionych oraz nietypowych zapożyczeń przez niektóre gatunki

Szpak

  • Ulubione: wilga, myszołów, kos, czajka, jerzyk, krótki pisk dziecka, syrena karetki
  • nietypowe: krzyk nimfy, głos mężczyzny, szczekanie psa, cała zwrotka zięby, bażant – Ale tak naprawdę, co szpak, to szansa na usłyszenie innego zaskakującego dźwięku.

Łozówka

  • ulubione: szczebiot bogatki i modraszki, mazurek, dymówka (te dwa ostatnie – śpiew i zaniepokojenie)
  • nietypowe: kwiczoł (zaraz po usłyszeniu go nieopodal) – tu też: co ptak, to obyczaj.

Śpiewak

  • ulubione: kowalik

nietypowe: samica puszczyka, głos kontaktowy kszyka, głos dzięciołka (powolnie), kropiatka

Skowronek

  • ulubione: czajka, sieweczka rzeczna
  • nietypowe: samotnik

Kapturka

  • nietypowe: bogatka, czy słowik szary na początku piosenki (obserwacje W. Wołoszyn), śpiew kosa, śpiewaka

Dalsza część dzisiejszego wpisu tylko dla osób zainteresowanych głosami ptaków i to tych o mocnych nerwach.

Ptaki, wykorzystujące zapożyczenia, można pogrupować ze względu na:

Skowronek polny na ziemi

Skowronek polny na ziemi                              (Alauda arvensis)

  1. Stan pewności siebie – niektóre gatunki mogą dodawać zapożyczenia tylko, gdy czują się pewnie, bo też i tylko wtedy śpiewają (szpak, śpiewak, skowronek), inne zarówno przy pewności, jak i niepewności (kapturka, pleszka, kos, łozówka), a jeszcze inne – wyłącznie przy niepewności (cierniówka, pokląskwa).
  2. „Chęć” do naśladowania – np. szpak, czy łozówka prawie cały czas posługują się głosami innych ptaków, a u kapturki, czy rudzika zdarza się to sporadycznie.
  3. Zdolność do naśladowania, a tu z kolei można wyróżnić ptaki ze względu na:
  • Jakość naśladownictwa – pewne gatunki imitują głosy tylko tą samą barwą, co śpiewają (rudzik przy naśladowaniu np. śpiewu piecuszka) lub barwą właściwą, ale imitacja nie brzmi prawidłowo (gąsiorek, gil). Natomiast inne wydają odgłosy, żywcem wyjęte z dziobu innego gatunku (szczególnie: szpak, łozówka, sójka, cierniówka), czyli są w stanie wiernie odwzorować dany odgłos;
  • Zakres wydawanych częstotliwości – część ptaków naśladuje tylko gatunki, wydające śpiew o danej częstotliwości (rudzik, czy pleszka lubi pożyczać wyłącznie wyższe tony). Innym natomiast do imitacji nie straszna jest zarówno pliszka żółta (tony wysokie), jak i zaniepokojony wróbel  (tony niższe). Przykład: wymieniona wcześniej czwórka (cierniówka, łozówka, sójka i oczywiście szpak, który jest mistrzem w tej dziedzinie).

W tych obu przypadkach (jakość naśladownictwa i zakres wydawanych częstotliwości) efekt tkwi w możliwościach aparatu głosowego.

I jeszcze uwagi do niektórych gatunków:

Pleszka na czubku świerku

Pleszka na czubku świerku                   (Phoenicurus phoenicurus)

Pleszka na czubku drzewa

Pleszka i muchołówka żałobna pod względem struktury piosenki i barwy głosu mają podobny śpiew:

Pleszka (Phoenicurus phoenicurus) – jedna wysoka sylaba, dwie lub trzy niższe, często szczebiot na końcu;

Muchołówka żałobna (Ficedula hypoleuca) – na zmianę: niska i wysoka sylaba (trzy lub cztery razy), szczebiot na końcu

Chciałem zwrócić uwagę na ten właśnie szczebiot, w którym u obu gatunków (u pleszki prawie zawsze, u muchołówki rzadziej) pojawia się zapożyczenie fragmentu czyjejś piosenki lub innego głosu (naśladowane gatunki wyżej – w przykładowych nagraniach). Podobieństwo śpiewów nie jest dziwne. Te dwa ptaki należą w końcu do tej samej rodziny – muchołówek (Muscicapidae) i tej samej podrodziny – Kląskawek (Saxicolinae), a podrodzina, to już dość wąska grupa systematyczna. Różnią się już natomiast rodzajami.

Nie sugerujmy się jednak tym, że: podobny śpiew, to ta sama grupa systematyczna. Przykład: cierniówka – rodzina drozdowate (Turdidae) i pokląskwa – rodzina muchołówkowate (Muscicapidae). Bardzo podobne śpiewy, ale zupełnie różne rodziny.

Muchołówka żałobna wyróżnia się spośród naszych czterech muchołówek. Może i najmniejsza ich przedstawicielka (muchołówka mała) ma najładniejszy i najbardziej złożony śpiew, ale żałobna jest najbardziej utalentowana, bo jako jedyna z nich potrafi naśladować głosy innych gatunków.

Dwa gile

Dwa gile (Pyrrhula pyrrhula)

Piosenka gila składa się z wyższych i niższych gwizdów oraz niezbyt udanych zapożyczeń. Ciekawe określenie na nią znajduje się na płycie Tomasza Ogrodowczyka „Jaki To Ptak 3”: „[…] Niektóre jej dźwięki są jednak na tyle ciche, że słychać je zaledwie z odległości kilku metrów. Nadaje to piosence gila luźny, przerywany, wręcz niezdecydowany charakter.” Bardzo lubię to określenie.

 

 

W drugiej części artykułu, jak wspomniałem wyżej, napiszę o śpiewie ptaków w sytuacjach niepewności.

A tu ciekawy artykuł o samym śpiewie ptaków:

http://www.jestemnaptak.pl/ptak-tez-czlowiek/o-czym-spiewaja-ptaki

Opublikowano Bardziej naukowo | Dodaj komentarz

Żurawie za oknem

Pod koniec lipca bawiłem z moimi rodzicami w Mikołajkach na Mazurach. Pokoje, w których mieszkaliśmy były mało komfortowe, mało funkcjonalne i ogólnie – były małe. Jednak znalezienie innych wolnych noclegów w okolicy było niemożliwe. Miejsce to jednak udało się pod dwoma względami.

Usytuowane na skraju Mikołajek podwórko z domem noclegowym sąsiadowało od wschodu z dużą łąką, a od północy i południa – z domami, za którymi również rozpościerała się otwarta przestrzeń. Zwabiało to przyjemną ciszę i coś, czego bym się w ogóle nie spodziewał.

W poniedziałek (drugiego dnia pobytu) o około 5:00 przyśnił mi się terytorialny klangor pary żurawi. Po obudzeniu się dotarło do mnie, że zza okna mojego pokoju klangor wybrzmiewa naprawdę, a ich właściciele znajdują się bardzo blisko. Z wielkim zaskoczeniem, połączonym z radością wygrzebałem ze sprzętowej torby rejestrator i wychyliłem za okno. Te żurawie poprzestały na dwóch seriach, za to odpowiedziały jej dwie kolejne pary, może z odległości pół kilometra; jedna – na wprost okna, druga – lekko po prawej. Po jakimś czasie w oddali po lewej słychać było zaniepokojone głosy innych żurawi, a moje (najbliższe) zaczęły wydawać głosy kontaktowe. To jakby chrypliwe okrzyki, tworzone oczywiście w duecie. Wyszedłem w końcu na zewnątrz. Nie chciałem zbliżać się do płotu w obawie przed spłoszeniem ptaków. Na górze jednak ich głosy były dużo mocniejsze (mieszkaliśmy na poddaszu). Mimo, że te najbliższe żurawie odzywały się około dwieście metrów od domu, dźwięk, poprzez odbicie skutecznie wzmacniała tam ściana budynku i uchylane do góry okno. Dawało to wrażenie, jakby ptaki były tuż, tuż.

Trzy żurawie na łące

Trzy żurawie na łące

W piątek, oprócz znów głosu kontaktowego, udało się nagrać i terytorialny – taki sam, jak ten, który obudził mnie w poniedziałek. Robił to z resztą prawie codziennie. Przypuszczam, że wszystkie (chyba cztery) odzywające się bliżej lub dalej pary przylatywały tu wczesnym świtem z okolicznych jezior (Łuknajna, Mikołajskiego, a może Śniardw). Pokrzyczały, pokroczyły, pożerowały i – czasami około 6:30, czasami później – ulatniały się. Dlaczego się tu zjawiały – nie wiem. Być może dobrze w tych trawach dawali jeść.

Wracając do piątku. Miałem wtedy szczęście do nagrywania. Chrapiący każdego wieczora i poranka mężczyzna z pokoju obok chyba wyjechał, a po drodze obok nie przejechał wtedy żaden samochód. Natomiast z meleksów na podwórku tylko jeden ładował swój akumulator, przez co buczenie tym powodowane było słabsze, niż zwykle. Co prawda niestety trochę je słychać, ale i tak udało się je zmniejszyć tak zwanym filtrem dolnozaporowym (górnoprzepustowym) w programie do edycji dźwięku.

Nagranie: Para żurawii (Grus grus)                                                                                                           Dłuższa i bardziej złożona wersja terytorialnego klangoru (długie serie okrzyków) oraz głos kontaktowy (pojedyncze okrzyki). Słychać też inne pary, czy głos dzięcioła czarnego w drugiej części.

Tacie udało się też wtedy zrobić zdjęcie najbliższym żurawiom. Stały trzy, ale odzywały się dwa. Milczących ptaków w okolicy mogło więc być więcej.

Okno umieszczone w spadzie dachu, choć dawało możliwość bliskiego spotkania z żurkami, kompletnie nie było dostosowane do ich dokumentacji. Aparat trzeba było, klęcząc na moim łóżku, przecisnąć przez mały otwór moskitiery, podnieść do góry na zgiętej ręce i nacisnąć nią spust migawki. Tak samo z rejestratorem. Klękałem na łóżku, włączałem nagrywanie, przeciskałem sprzęt przez otwór, opierałem przód o krawędź okna (parapetu nie było), trzymałem za tył jedną ręką i w takiej pozycji, czekając na żurawie,  trwałem w chwilach od półtora do ośmiu minut.

Wieża obserwacyjna w rezerwacie Łuknajno

Wieża obserwacyjna w rezerwacie Łuknajno

Jeśli chodzi natomiast o Mazury, żurawie za oknem były w zasadzie jedyną ciekawostką przyrodniczą. Co prawda dwa kilometry od naszego domu w Mikołajkach znajdował się rezerwat Łuknajno (jezioro o powierzchni 16000 Ha), do którego dojeżdża się drogą o nawierzchni tarki do warzyw. Jednak nie udało się tam wysłuchać nic ciekawego, a na obserwacje albo było za późno, albo tafla wody była pusta. Mimo wszystko przebywanie na zbudowanej tam solidnej, drewnianej wieży obserwacyjnej było przyjemne. Nad wodą – gęgawy i gęsi białoczelne, w trzcinach poszczekujący cichutko bączek, a wokół cykania wielu pasikoników śpiewających (Mazury, to zdecydowanie ich tereny).

Cztery ślimaki

Cztery ślimaki

Dwa razy w tym rezerwacie natknąłem się z tatą na przebiegającego naszą drogę jenota, a podczas spaceru ścieżką przyrodniczą można było podziwiać około dziesięć wypasanych koni i dużą ilość ślimaków na ziemi. Może poszczęści się bardziej następnym razem.

A teraz o terytorialnym duecie żurawi. Krótsza wersja (której na powyższym nagraniu nie było), to pojedyncze okrzyki (różniące się jednak od głosu kontaktowego). Dłuższa (opisywana w tym wpisie) jest za każdym razem skonstruowana i zsynchronizowana w ten sam sposób. Zaczyna pierwszy ptak, po trzystu milisekundach nieco niższym tonem dołącza drugi. Pierwszy na początku wydaje dwa podłużne okrzyki, poczym przechodzi w krótkie „a-a-a, a-a-a, a-a-a…” na tym samym dźwięku. Drugi zaczyna od podnoszenia tonacji dwoma krótkimi sylabami, ale jej wartość szczytowa i tak będzie niższa, niż ptaka pierwszego. Następnie ów ptak drugi przechodzi w długie, opadające sylaby, wydawane pojedynczo („yyrr, yyrr, yyrr”), a po chwili są one poprzedzone krótką, niższą i brzmi to: „u-yyrr, u-yyrr, u-yyrr…”. I dokładnie tak dzieje się prawie za każdym razem. Niesamowite, jak identyczne i jak mocno zakodowane są w żurawiach informacje o wykonywaniu tego duetu.

A na koniec refleksja dla tego, kto siedzi w tematach związanych z realizacją dźwięku lub tworzeniem muzyki,. Po przeczytaniu słów „informacja o wykonywaniu” od razu powinien nasunąć się na myśl protokół MIDI (Musical Instrument Digital Interface, z angielskiego: Cyfrowy Interfejs Instrumentów Muzycznych). Jest to zakodowana informacja, w jaki sposób dany utwór powinien być zagrany. Plik MIDI zawiera bowiem dane m.in. o barwie dźwięku, wysokości, głośności, czy tępie. Wrzucony do odpowiedniego odtwarzacza potrafi za każdym razem tak samo odtworzyć zakodowaną melodię lub piosenkę. Siedząc przy keyboardzie i ucząc się grać „żurawi duet” (naprawdę, da się) doszedłem do wniosku, że gen, zawierający informacje o śpiewie danego gatunku ptaka można porównać właśnie do takiego pliku MIDI. Dlaczego wszystkie zięby śpiewają swoje zwrotki mniej więcej tak samo. Bo mają to ściśle zakodowane i nie są w stanie wykonać swojej piosenki inaczej, tak, jak odtwarzacze MIDI.

Opublikowano Nad wodą | Dodaj komentarz

Bukowe Berdo i Tarnica – czerwiec w Bieszczadach

„Zabierasz plecak, wygodne buty i trochę forsy z banku.

Ostatni raz podążasz na miasto wakacyjnego poranka.

Ruszasz w Bieszczady, patrzysz na niebo, obłoki wędrujące.

Wśród nich są także twoje marzenia i roześmiane słońce.”

Zespół Wołosatki

 

No… może nie „wakacyjnego poranka”, tylko „czerwcowego popołudnia”. A zaczęło się w Krakowie.

Sobota 04.06.2016

Bilet na Polski Bus relacji Kraków – Rzeszów kupiony był dzień wcześniej. Miałem dotrzeć właśnie do stolicy Podkarpacia, gdzie spotkałbym się z tatą, jadącym od Niska i już wspólnie podążyć samochodem w Bieszczady. Ale, że na koncercie plenerowym w krakowskich Bronowicach (tzw. Bronowiance, gdzie wystąpiłem z akordeonem, a po mnie koledzy ze swoimi wokalami) trochę się przedłużyło i, że na przystanku MPK w pobliżu internatu czekałem dłużej, niż planowałem, Polski Bus z dworca głównego odjechał beze mnie. Pogodziłem się z tym, jeszcze stojąc na owym przystanku.

Oczekiwanie na autobus

Oczekiwanie na autobus

W Bieszczady jednak pojechać musiałem, więc na górną płytę dworca dojechałem. Z pomocą pewnego sympatycznego pana (o bardzo aktorskiej barwie głosu i zaciekawieniu na widok mojej kulki przy białej lasce), szukałem autobusu („A nuż coś się opóźniło”), a po znalezieniu Polskiego Busa jedynie do Wrocławia, trafiłem do kas. Zaopatrzyłem się w bilet na kolejny autobus do Rzeszowa oraz serowego obwarzanka w małej budce i czatowałem przy stanowisku, m.in. rozmyślając z siedzącą obok panią, gdzie dokładnie leży Hrubieszów (miejsce docelowe mojego autobusu). Nie zajechałem jednak nim daleko, gdyż po konsultacji z tatą i zmianie planów, wysiadłem w Tarnowie. W pobliżu tamtejszego dworca przechodzili akurat kibice Cracovii, o czym dali mi znać głośnym, acz krótkim skandowaniem. Szybko też pojawił się i tata. Wszystko to dla zaoszczędzenia czasu. Ruszyliśmy spod zabytkowego budynku dworca PKP. W Tarnowie w zasadzie nie byliśmy nigdy, a dzięki naszej nawigacji GPS, niechcący poznaliśmy stare miasto, przejeżdżając przez wąskie, ale bardzo ładne uliczki z kamienicami i kocimi łbami.

Na autostradzie do Rzeszowa rozważaliśmy trzy, przygotowane przez tatę opcje zdobywania bieszczadzkich szczytów. Jednak zamiast trasy do przejścia, wybraliśmy stację benzynową (postój, tzw. Sikunda).

Słuchając piosenek turystycznych, jechaliśmy dużą pętlą bieszczadzką, która zaczęła się w Lesku. W okolicach Ustrzyk Dolnych zaczęliśmy się zanurzać w zieloność i spokój bieszczadzkiej krainy łagodności. Celem naszym był zarezerwowany nocleg w Lutowiskach (głównej wsi jednej z największych gmin w Polsce). Kilka kilometrów przed nią, spragnieni jedzenia (i to regionalnego) zatrzymaliśmy się w sympatycznie wyglądającym barze. Było kilka minut do zamknięcia, jednak pani właścicielka przywitała nas słowami: „Jak ja jestem, to znaczy, że jest otwarte”. Otworzyła kuchnię, włączyła cicho muzykę i szybko przyrządziła wybrane przez nas dwa bardzo dobre placki po bieszczadzku. Mimo, że pałaszowaliśmy tuż przy pętli bieszczadzkiej, siedzieliśmy w niemal całkowitej ciszy, bo ruch samochodowy był naprawdę znikomy. Pojazdy przejeżdżały z częstotliwością ok. jeden na pięć minut. Sezon górski jeszcze się bowiem nie zaczął. Ze śpiewu ptaków wyłowiłem pierwszy gatunek, na który czekałem – pliszkę górską.

Nagranie: Pliszka górska (Motacilla cinerea)                                                                                    – Ta nagrana akurat następnego poranka.

Obok baru znajdowała się zagroda z danielami i jednym młodym jeleniem mandżurskim, dla których nawet na chwilę porzuciliśmy smaczne jedzenie, abym mógł zobaczyć kopytne z bliska. Ponieważ nie podchodziły, pani udało się przywabić daniela Bysia, który wcale chętnie dał się nakarmić z ręki.

Daniel Bysio

Daniel Bysio

Nasyceni dotarliśmy do Lutowisk. Trochę pobłądziliśmy, ale, po telefonicznych konsultacjach z właścicielem noclegu, trafiliśmy pod mały, drewniany, piętrowy domek z łazienką, aneksem kuchennym, czterema łóżkami i szemrzącym strumieniem obok. Rewelacja. Iście bieszczadzko.

Po wniesieniu do środka naszych rzeczy, przez drzwi wychynęła głowa dużego psa, za którą podążyła reszta. Wszedł, merdając ogonem na powitanie, pokręcił się i wyszedł z nami. My udaliśmy się polną drogą ku łąkom i lasowi, a on skierował się w stronę spacerującej dziewczyny, która zareagowała na to pojedynczym głosem szczekającego lisa. Przynajmniej takie było moje pierwsze skojarzenie, bo dziewczyny nie widziałem.

W bardzo ciemnej szarówce wieczoru okrążyliśmy niewielki staw, w którym odzywały się rzekotki drzewne i drugi oczekiwany gatunek – kumaki górskie, które, w odróżnieniu od nizinnych, mają wyższe i jakby bardziej jęczące kumkania. Nagranie niestety nie wyszło za dobrze, bo kumaki usadowiły się pośrodku tego stawu. Nieopodal, na łące stała pasieka, obok ogrodzenie pod napięciem, którego regularne, pojedyncze, ciche trzaski wziąłem początkowo za głos kontaktowy kląskawki, a dalej zaczynał się las. Do taty zadzwonił właściciel naszego domku z pytaniem, czy nie widzieliśmy jego… psa. Wkrótce od strony domku dało się słyszeć wabienie. Poza tym gdzieś nieopodal odzywały się dwa derkacze i gromadka świerszczy, w stawie kumaki kumały ciągle, rzekotki – na zmianę: zaczynały i milkły, a w Lutowiskach co jakiś czas zaszczekał pies, ktoś zagadał albo przejechał samochód.

Nagranie: Poranek w Bieszczadach (6 min 25 s)

Rano wystawiłem rejestrator za okno, by uwiecznić skromny koncert ze strzyżykiem, dwoma śpiewakami, dwoma ziębami i pliszką górską, która usiadła na wprost okna i której obecność na nagraniu, ku uciesze odkryłem dopiero w domu.

domek

Gdy po wyprowadzeniu z domku tata poszedł nas wymeldować, zrobiłem jeszcze szybkie nagranie strzyżyka nad szemrzącym strumieniem, wśród niezwykłego spokoju, promieni słońca, zielonych krzewów i koron drzew, a za statyw posłużył mi (i tu się kończy wykreowany klimat tamtej chwili) – kubeł na śmieci.

Nagranie: Potok na wsi

Szybko dojechaliśmy na polanę z trawiastym parkingiem w Mucznem – początek żółtego szlaku na Bukowe Berdo (Połoninę Dźwiniacką), a jednocześnie ścieżki przyrodniczej o nazwie właśnie tego pasma. Miejsce to rozbrzmiewało śpiewem cierniówki, kapturek, kopciuszka i, rzadkiego gatunku – wójcika. Kupiliśmy bilety wstępu na szlak i polecaną przez sprzedawcę sklepiku mapę Bieszczad, której materiał podobno posiada właściwości zafoliowanego papieru.

Tablice na początku szlaku BPN

Tablice na początku szlaku BPN

Wędrówka była przyjemna pod wieloma względami. Pogoda – nieupalna i na razie słoneczna, niewiele błota i ludzi (do szczytu Bukowego tylko dwanaście osób).

Bieszczadzki las

Bieszczadzki las

W lesie, oprócz najpopularniejszych ptaków dało się słyszeć: 7 najmniejszych ptaków w Polsce (6 zniczków i mysikrólik), pokrzywnica (do której podszedłem za blisko i niechcący uciszyłem ją, za co teraz bardzo pluję sobie w brodę), 10 strzyżyków (górskie lasy z licznymi potokami, to dla nich raj) i tylko dwie kukułki.

Nagranie: Śpiew ptaków w górskim lesie (4 min 21 s)  – Słychać co najmniej trzy zniczki (ich śpiew, to najwyższe, cieniutkie piski). Poza tym: zięby, kapturki, strzyżyki. Przy okazji nagrywania była przerwa na odpoczynek.

Widok w stronę Mucznego

Widok w stronę Mucznego

Po wyjściu na pasmo połonin za nami ukazało się Muczne. Awifauna zmieniła się na dużą ilość siwerniaków i świergotków drzewnych, których, co ciekawe, w lesie nie było, a takie środowisko lubią one najbardziej. Minęliśmy też derkacza. Zatrzymaliśmy się na szczycie Szołtyni (pierwszy z trzech Bukowego Berda) o wysokości 1201 m n.p.m. Tablica głosiła, że na Krzemień czas przejścia zajmuje 45 minut, a na Tarnicę – dodatkowe pół godziny. Bardzo kusząca propozycja od gór.

Siwerniak

Siwerniak, świergotek górski                           (Anthus spinoletta)

Od tej chwili poruszaliśmy się już szlakiem niebieskim, mającym początek w Ustrzykach Dolnych. Wędrując w stronę docelowych szczytów mijaliśmy po drodze kolejne siwerniaki, świergotki drzewne oraz, gdy zaczęły się zarośla i niższe drzewa – cierniówki, rudziki, kapturki, piecuszki, kopciuszka i liczne pszczoły przy obsadzonymi kwiatami krzewach.

Nagranie: Głosy kontaktowe przelatujących świergotków drzewnych (Anthus Trivialis)

Kamienny szlak

Kamienny szlak

W pewnym momencie szlak wiódł przez zagajnik – niski, ale dość trudny do przejścia przez wystające kamienie z piaskowca (jest to najbardziej kamienisty szlak Bieszczad), a także korzenie i gałęzie, które mogły należeć do olchy zielonej lub wierzby śląskiej. O ich występowaniu głosiła jedna z małych tabliczek Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Drzewa te towarzyszą zaroślom jarzębinowym, które, jak było napisane, występują na północnych i wschodnich zboczach Bukowego Berda i w miejscach osłoniętych od wiatru.

W tym zagajniku zrobiłem najlepsze jak dotąd nagranie kapturki. Jej śpiew wyszedł wyraźnie i soczyście.

Nagranie: Kapturka (Sylvia atricapilla) w pobliżu szczytu Bukowego BerdaS                             – Słychać też ziębę i piecuszka.

Zacząłem tu też żałować, że nie wziąłem z samochodu białej laski, która na pewno objęłaby sensacją szczyt Tarnicy. Przede wszystkim jednak, jej plastikowa, obrotowa końcówka (o której wspomniałem na początku), przy schodzeniu w dół, z łatwością przemieszczałaby się po kamieniach. Inna sprawa, jak by po tym bieszczadzkim wędrowaniu wyglądała. Natomiast cienka, drewniana końcówka kija, zrobionego z gałęzi, który często w górach wykorzystywany jest do podpierania, nie zdałaby egzaminu.

 

Skała na szlaku

Skała na szlaku

Środkowy szczyt Bukowego Berda (1238 m n.p.m.) minęliśmy niepostrzeżenie. Był on jeszcze przed zagajnikiem.

Na najwyższym szczycie (o czym jeszcze wtedy niestety nie wiedzieliśmy) na wysokości 1313 m n.p.m. było kilka osób, zasłużona bułka, świergotki drzewne i kruk niedaleko (nie wiem, czy zasłużony). Były też SMS–y z pozdrowieniami do rodziny, w tym do mamy, zwiedzającej z grupą akurat tego weekendu Góry Stołowe.

Krzemień (1335 m n.p.m.) osiągnęliśmy szybko, mijając po drodze dwa derkacze. Okazało się, że dojście na sam pobliski szczyt było zagrodzone przez pracowników parku narodowego. Skręciliśmy więc w prawo – na szlak na Tarnicę, poprzedzając to krótkim odpoczynkiem (ileż zmian w nastawieniu organizmu do dalszej wędrówki potrafią zdziałać dwa zwykłe łyki wody).

W tym miejscu zaczęły się schody. Jednak dosłownie. Schodziliśmy nimi długim odcinkiem dość stromo w dół, a przy ich końcu doszliśmy do rozwidlenia dróg: pierwsza na Halicz i rozsypany szczytowo Rozsypaniec oraz druga – na Tarnicę. W pobliżu tego skrzyżowania kolejne dwa derkacze. My kontynuowaliśmy dojście na najwyższy szczyt polskich Bieszczad i wkrótce droga znów się podniosła, pojawiły się kamienie, a potem i schody. Bardzo dużo schodów.

Schody między Krzemieniem a Tarnicą

Schody między Krzemieniem a Tarnicą

W zeszłym roku (2015) Bieszczadzki Park Narodowy zmodernizował znacząco m.in. tę trasę (Krzemień – Tarnica), budując kilkaset schodów (progów erozyjnych) z barierkami z taśm, przypominających samochodowe pasy bezpieczeństwa i ułatwiających wspinaczkę po tych dwóch, jakże długich klatkach schodowych, kiedy już nawet łyki wody mięśniom nóg nie pomagają. Bardzo dobre rozwiązanie. Jednak, jak można przeczytać na stronie internetowej parku, nadrzędnym celem budowy stopni „była ochrona gleby przed erozją i roślinności w otoczeniu oraz podnoszenie bezpieczeństwa osób wędrujących”. Zapobiegają one zabłacaniu się szlaku, tworzeniu rowów i osuwaniu kamieni, a więc i wydeptywaniu przez turystów nowych ścieżek i niszczenie chronionej roślinności. Poza tym, schodzenie po nich jest wygodniejsze, zwłaszcza dla osób z dużym ubytkiem wzroku (w tym dla mnie), zważywszy na brak kamieni i gładkie stąpanie. Chociaż np. pod górę wolę wspinać się właśnie po bardziej naturalnym i nieregularnym podłożu (jest ciekawiej). Naprawdę, szacunek dla robotników, którzy uformowali tak ogromną liczbę stopni i wzbogacili każdy o drewnianą belkę, przymocowaną do prowadnicy.

Co do braku sił, z pomocą przychodzą też siwerniaki, które zmuszają do przysiadnięcia na schodku i robienia osłony wiatrowej przy ich rejestrowaniu. Są to przystanki jednak dość męczące, gdyż należy odsapywać bezgłośnie, by nie zepsuć nagrania, że już o późniejszym, uciążliwym wyrywaniu zapuszczonych w siedzisko z powodu zmęczenia korzeni nie wspomnę. Chociaż akurat wtedy z tym problemów nie miałem. Niestety moje starania podczas tej wyprawy nie przyniosły rezultatu. Siwerniak w zasadzie nie został nagrany.

Widok z Tarnicy na połoniny

Widok z Tarnicy na połoniny

Zdjęcie: Widok z Tarnicy

W pobliżu szczytu Tarnicy minęliśmy kolejne rozgałęzienie: na nasz punkt docelowy i dwa szlaki w dół: do Wołosatego oraz Ustrzyk Górnych.

Na szczycie (1346 m n.p.m.) było łącznie niewiele ponad dwadzieścia osób, więc tłumów tam też nie było.

Na szczycie Tarnicy

Turyści i krzyż na szczycie Tarnicy

W drodze powrotnej zeszliśmy kilka kroków w lewo nad małe źródełko z wodą, płytko toczącą się po kamyczkach. Przy okazji zrobiliśmy miejsce dwóm rowerzystom górskim.

Żródełko

Źródełko

Wracaliśmy tą samą drogą. Przy wchodzeniu na Krzemień, pewien pan z kijkami zawzięcie deptał nam po piętach, a my z jeszcze większą zawziętością od niego uciekaliśmy. Gdy nasza trójka zdobyła górę, ostatni z niej niemal wykrzyknął: „O, ale tu pięknie! […] Życie jest piękne!”. Po chwili zjawiła się i jego współturystka, a my ruszyliśmy dalej. Z kolei na kolejnym szczycie Bukowego nie mogłem się oddać pokusie opadnięcia na trawę.

Na zachodzie od jakiegoś czasu kłębiły się ciemne chmury, a wkrótce obficie skąpały w deszczu Połoniny i ich okolice. Kilka razy nawet zamruczały złowrogo, ale my szliśmy ciągle w słońcu. Liczbę postojów trzeba było jednak ograniczyć i zmierzać szybko na parking.

W pewnym momencie minęliśmy się z żeńską, idącą na szczyt trójką, niosącą plecaki – większe chyba, niż one same. Być może skrywały namioty.

Dziewczyny z plecakami

Dziewczyny z plecakami

Kilka razy wydawało się, że to za zbliżającym się wzniesieniem zacznie się droga w dół, jednak po wejściu na niego ukazywało się kolejnych kilkaset metrów drogi grzbietu górskiego. W końcu dotarliśmy do Szołtyni, z której szliśmy już tylko w dół i szybko zanurzyliśmy się w las. Czekała tam na nas ciekawa niespodzianka, którą poprzedziła muchołówka białoszyja, a na nią również liczyłem. Niestety wykonywała tylko swój charakterystyczny przerywnik w formie krótkich, lekko opadających pisków, występujących za zwyczaj między poszczególnymi piosenkami. Wtedy jednak było to coś na kształt głosu kontaktowego. Po usadowieniu rejestratora na ziemi, muchołówka szybko umilkła. Lekki powiew wiatru zatrząsł natomiast koronami drzew, a z liści na ziemię spadło trochę kropel wody. Było to ciekawe zjawisko, bo najpierw pokapało po naszej prawej stronie, po czym wolno przeniosło się na lewą, w miarę przechodzenia wiatru. Słychać to na poniższym nagraniu – w słuchawkach lub szeroko rozstawionych głośnikach.

Nagranie: Spadające z liści krople wody

Po pewnym czasie marszu dotarło do nas pobliskie kucie jakiegoś dzięcioła. Brzmiało zwyczajnie, jednak w takim miejscu zawsze warto upewnić się, co do gatunku. W lornetce taty ptak przypominał naszego pierwszego… dzięcioła trójpalczastego. Na ekranie aparatu zresztą też.

Dzięcioł trójpalczasty (Picoides tridactylus)

Dzięcioł trójpalczasty (Picoides tridactylus)

Nasza obecność w ogóle mu nie przeszkadzała. Najpierw opukiwał pień drzewa, po czym zaczął repecić niski pniak obok, co chwilę zmieniając pozycję i kąt nachylenia. Przyjemnie było z nim obcować, ale trójpalczak w końcu odleciał, jednak spokojnie. Bardzo dobry akcent prawie na koniec.

Mieliśmy jeszcze trochę do przejścia, ale zleciało szybko. Okazało się, że, gdy my, susi wędrowaliśmy po szczytach, piętro lasu dostało dość sporą dawkę deszczu, bo droga pokryta była błotem w o wiele większej ilości, niż rano. Stąd ta woda z liści przy muchołówce.

Na parkingu przy samochodzie jeszcze raz oddałem się przyjemnemu lenistwu w trawie. Soczysta zieleń, słońce, całkowity spokój, nieliczne ptaki i dwa kumaki (czyli schemat, który już się pojawiał) przyniosły krótką drzemkę – najprzyjemniejszą od wielu miesięcy.

Po przebraniu się w samochodzie, ruszyliśmy do Lutowisk, gdzie w centrum zamówiliśmy lutowyszcze – danie bardzo podobne do placka po bieszczadzku. Zwieńczeniem weekendowej przygody była wyszukana internetowo w drodze msza w zabytkowym kościele w Lesku.

Przybyło pięć nowych ptaków w tym roku, jedna życiówka, trochę nagrań, dużo spieczonej skóry na karku, a jeszcze więcej wrażeń. Co prawda ornitofauna i kolekcja nagrań mogła być bogatsza, ale zachęca to do dalszych wyjazdów w góry, a za ten bardzo tacie dziękuję.

Może te liczne zachwyty nad przyrodą i cieszenie się dla niektórych zwykłymi sytuacjami może się wydawać dziwne, ale ja tak już mam. I nie traktujcie tego z punktu widzenia słabowidzącego, który wyrwał się z miasta i odkrył wypoczynek na świeżym powietrzu. My (środowisko niewidzące) i tak wbrew pozorom „widzimy” dużo. To prawda, że są osoby, które kurczowo trzymają się swoich przysłowiowych, a nawet i dosłownych czterech ścian (w ekstremalnych warunkach dwóch, czy jednej, gdy mieszka się wraz z innymi w internatowym pokoju) i gdy już wyjdą, cieszy ich każdy ptak, czy ciepło promienia słońca. I nie jest to przyczyna braku możliwości wyjścia, czy wyjazdu, a braku chęci i potrzeby. Wielki to błąd i trzeba z tym walczyć.

A ja po prostu tamtego weekendu na każdym kroku odpoczywałem od budynku i wielkomiejskiego ruchu. Poza tym warto w czasie takich wyjazdów wyrzucić z walizki naszą codzienność, zatrzymać się i zadumać na przykład nad tym, że… „Życie jest piękne” :), jak mówił turysta ze szczytu Krzemienia. Miał gość rację.

 

Opublikowano Góry, W terenie | Dodaj komentarz

Spotkanie z borowym skowronkiem

Pola i łąki z niewielkimi skupiskami sosen i brzóz, jakie odwiedzam podczas wypadów w okolice mojego domu to jedno z typów środowisk, gdzie można spotkać dwa, kontrastujące ze sobą nazwą gatunkową nasze skowronki: polnego i borowego. Drugie takie miejsce, to sąsiedztwo boru i otwartej przestrzeni.

Skowronek polny na ziemi

Skowronek polny na ziemi

Lerka, czyli drugi z wymienionych wyżej skowronków zamieszkuje okolice mojego domu prawie każdej wiosny od ośmiu lat. W tym roku o terytorium rywalizują dwa samce, co zaobserwowałem, zwabiony głosem jednego z nich z drogi asfaltowej w powielkanocny wtorek pod koniec marca. W większości przypadków śpiewające lerki (skowronki polne niemal zawsze) spotyka się w powietrzu. Czasami jednak, tak, jak wtedy, swoje proste melodie wydają na ziemi lub na drzewie. Zwrotki są wtedy krótsze i mniej śmielsze. To z resztą cecha też innych ptaków, mogących śpiewać zarówno w locie tokowym, jak i na siedząco (skowronek polny, świergotek drzewny, czy łąkowy).

Nagranie: Lerka na gałęzi (Lullula arborea)

Nagrywając ją na skraju brzozowego zagajnika, usłyszałem drugą, zbliżającą się ze śpiewem na dziobie. Ta, do której się podkradłem niestety nie wytrzymała presji i wkrótce odleciała, już z normalnymi, długimi zwrotkami. Druga przyleciała nad zagajnik, zawróciła i oddaliła się.

Podczas wielkanocnego spaceru dwa dni wcześniej udało się natomiast lerkę podpatrzeć na ziemi. Ptak, siedząc i śpiewając na trawie, wystawiał ku mnie, tacie i wujkowi tylko swój tył. Potem poderwał się i przeleciał ze śpiewem nad nami.

Piosenka skowronka borowego jest wyraźnie podzielona na zwrotki, w przeciwieństwie do jego polnego kuzyna, który śpiewa jednym ciągiem. Każda zwrotka lerki, to opadający i przyspieszający za każdym razem zbiór miękkich dźwięków. Jego niezwykła melancholijność może działać usypiająco, szczególnie dla kogoś, leżącego na skraju lasu lub w swoim domu, w pobliżu którego znajduje się terytorium tego ptaka, o czym miałem kiedyś, godzinę po północy przyjemność się przekonać. Lerki bowiem w drugiej połowie wiosny mogą śpiewać także w nocy.

Opublikowano W terenie | 1 komentarz

Co się działo w ogrodzie tej wiosny?

Ok. 20 marca wokół obu budek typu B zaczęło kręcić się po jednej parze szpaków. Ja skupiłem się na tej, w której kilka dni wcześniej zamontowany został mikrofon stereofoniczny. Dzięki nagraniom za pomocą niego poczynionych, tworzę właśnie podcast z opisem różnych nietypowych głosów szpaków z całego lęgu – od 20 marca do 20 maja. Nagranie owo ukaże się wkrótce.
Na razie krótki zwiastun – zlepek nagrań z różnymi szpaczymi odgłosami:

Dźwięki ze szpakówki (marzec – maj 2015) [Audio]

Młody szpak ogląda świat z otworu budki

Młody szpak ogląda świat z otworu budki

Dorosła bogatka w otworze dziupli

Dorosła bogatka w otworze dziupli

Obie pary wychowały prawie całe potomstwo. Prawie, bo pod jedną z budek leżało w pełni opierzone, nieżywe młode. W jednym z przypadków miałem okazję obserwować szpaczątka zaraz po wylocie z gniazda. Nawoływały one z drzew obok budki (wtedy jeszcze przeciągłymi, chrapliwymi dźwiękami, zaraz potem stają się jednak one bardzo krótkie i głośniejsze). Rodzice natomiast podlatywali z pożywieniem na zmianę do nich i do młodych, pozostałych jeszcze w gnieździe.

Dwoma lęgami bogatek cieszyła się budka typu A u nas i dziupla na wysokości 1,5 m w ogrodzie dziadków obok.

Młode bogatki (Parus major) [Audio]

Lęgi chciały wyprowadzić u nas też mazurki, zajmując dwie budki i poddasze domu dziadków. Na pewno udało się to mieszkańcom jednej z budek i tym ostatnim. Gniazdują tam od co najmniej pięciu lat.

Pleszka (Phoenicurus phoenicurus) [Audio]                                                                                      – Śpiew; na końcu prawie każdej zwrotki pojawia się imitacja głosu innego gatunku lub nawet dwóch.

Pleszka na czubku świerku

Pleszka na czubku świerku

U dziadków też od ok. 20 kwietnia regularnie śpiewała pleszka, więc być może i lęg był.

Tak samo z kręcącymi się w pobliżu stałego, pleszkowego miejsca śpiewania sierpówkami i kosem w świerku, w przeciwnym kącie ogrodu, już przy naszym płocie – są podejrzewane o gniazdowanie. I przy tym kosie warto się zatrzymać z uwagi na jego ciekawy śpiew. Lubiał bowiem na przełomie marca i kwietnia, codziennie przez kilka minut wydawać tylko krótkie szczebioty (bez gwizdania), co jest charakterystyczne dla drozda śpiewaka. Ten drugi lubi jednak powtarzać swoje frazy (tu nie miało to miejsca). Poza tym ów kos wstawiał między szczebioty typowe dla tego gatunku wibrujące gwizdy. Mimo to, początkowo ciężko było stwierdzić, kto to. Wystarczyło jednak chwilę poczekać, bo prędzej, czy później wracał on do typowych, gwiżdżących zwrotek.

Kos to, czy śpiewak? [Audio]

Rano, w przedostatnią niedzielę marca (kilka dni przed zrobieniem powyższego nagrania) zarejestrowałem cały koncert owego drozda, tym razem w poprawnej, kosowej wersji, aczkolwiek ciągle jeszcze udziwnionej, z zapożyczeniami od innych gatunków, np. od dzięcioła czarnego (przeciągły okrzyk). Za to wszystko jednak tego kosa bardzo lubiłem i szanowałem za razem.

Kos (Turdus merula) [Audio]                                                                                                               – Nieco zmieniony śpiew

Z kolei w niedzielny poranek tydzień później nasz ogród odwiedziło na chwilę przelotne stadko mysikrólików. Jeden z nich przez ok. dwie godziny śpiewał na dolnych gałęziach, stojących w rzędzie świerków. Był łatwym obiektem do zarejestrowania. Jednak przy podlatywaniu do pozostawionego tam mikrofonu wykazywał niepewność, podniecenie lub po prostu żerował, co objawiało się znaczącą modulacją jego piosenki. Znikał typowy układ zwrotki, a zamiast niego pojawiały się zupełnie mi dotąd nieznane poświstywania w różnych wersjach, jakby mysikrólik bawił się nimi. Najprawdopodobniej działo się tak właśnie przez lekki niepokój, jednak pewności nie mam.

Mysikrólik (Regulus regulus) [Audio]                                                                                                  – Między nietypowymi zwrotkami zdarzają się normalne.

Do zmian piosenek w czasie niepewności ptaków jeszcze wrócę, bo u niektórych gatunków ciekawe rzeczy się wówczas dzieją.

Skład czereśniowych gatunków natomiast stanowiły tego roku: kłócące się sójki, szpaki (w tym tegoroczna młodzież, która głośno oznajmiała swą obecność), trzy gatunki drozdów (kos, śpiewak, kwiczoł) i sierpówka.

Na koniec jeszcze ptaki, które słychać było wiosną z ogrodu po zmroku: słowik szary (2) z 200 m, lerka z 200 m, derkacz z 1 km, a raz za płotem zapitpilitowała przepiórka. A kilka dni temu ucichły piski dwóch młodych uszatek, które rozlegały się przez trzy tygodnie.
Poniżej nagrania dla zobrazowania, pochodzące jednak z kiedy indziej i skądinąd (tereny otwarte lub zalesione obok Niska).

Opublikowano Ogród | 2 komentarzy

Wspomnienia z Jeziórka

Ciekawe zdjęcia i nagrania ze stawów w Jeziórku – wiosna 2015

8 marca – czas przelotów.

Klucz gęsi białoczelnych i gęgaw

Klucz gęsi białoczelnych i gęgaw

Ptasi hałas [Audio]                                                                                                                         Mewy białogłowe (odzywające się okrzykami, jakby w zdziwieniu „oo” lub typowym dla mew klangorem) wraz ze śmieszkami zajęły wyspę na jednym ze stawów, a gęsi białoczelne (skrzypiące gęgania) i gęgawy (typowe gęgania) krążyły nad obszarami trawiastymi i wodą.

Nierzadko można było spotkać zająca (ten przy gęgawie).

Stojąc nad brzegiem można było usłyszeć głowienkowo-czernicowo-gągołowo-łyskową mieszankę. Wszystkie te dźwięki, oprócz łyskowych, zlewały się bowiem w jedną całość. Głośniej i o wiele przyjemniej brzmiały one o zachodzie słońca. Naprawdę, nie chciało się odchodzić od wody.

A w wodzie pokaźna liczba blaszkodziobych

A w wodzie pokaźna liczba blaszkodziobych

8 maja – czas lęgów

Tym razem wraz z Weroniką Wołoszyn. W trzcinowiskach dużo się działo: brzęczki, trzciniaki, trzcinniczki, rokitniczki, bąki (4), kokoszki.
Bąk z bliska (Botaurus stellaris) [Audio] – Wymagane są dobre głośniki lub słuchawki.

Lecąca mewa białogłowa

Lecąca mewa białogłowa

Na wodzie pierwsza w życiu krakwa, krzyżówki, łabędź niemy, inne blaszkodziobe oraz łyski, perkozy dwuczube i perkozki, czasami odzywające się bardzo cicho i w nieco zabawny sposób. A może to była zielonka (barwa głosu podobna), która wydawała inny rodzaj głosu, niż godowy. patrz: nagranie „Bąk z bliska” (00:19 – 00:21).

Dwa perkozy dwuczube

Dwa perkozy dwuczube

O zmroku na jednym z mocno zarośniętych stawów uaktywniły się wodniki i niestety tylko jedna pewna zielonka, w dodatku ciągle nie uwieczniona mikrofonem. Na wyspie stawu obok hałasowała kolonia mew: śmiały się śmieszki, raz zadziwiła się mewa białogłowa (choć jest ich tam więcej), przeleciała podgorzałka z kwakokrakaniem i odezwała się głowienka. A w jaką stronę by się człowiek nie obrócił, miał szerokie stereo rechotu żab: rzekotki drzewne na ziemi (częsty to „widok”), żaby jeziorkowe, wodne, śmieszki, całość była doprawiona niewielką ilością kumaków nizinnych, a gdzieniegdzie monotonny, acz przyjemny żabi zgiełk urozmaicał turkuć podjadek.

Bardzo spontaniczne nagranie znad stawów [Audio]                                                                   Ja i Weronika. Tu również warto słuchać na lepszych głośnikach, czy słuchawkach w celu usłyszenia szerokiego stereo i… bąka w oddali. Nagranie pokazujące bardziej nasze charaktery i to, co dzieje się na wspólnych ptaszeniach, niż skład gatunkowy tamtej wycieczki. Będą się tu jednak pojawiać nagrania dużo bogatrze merytorycznie.

W drodze powrotnej jeden świerszczak i dwa świerszcze (nie mylmy tych gatunków).

  •  Świerszczak (Locustella naewia) – ptak z rodziny świerszczaków (Locustellidae), ale dawniej zaliczany do pokrzewkowatych (Sylwidae). Nagranie z łąk przy Sanie pod Niskiem (maj 2014).
  •  Świerszcz polny (Gryllus campestris) – owad z rodziny świerszczowatych (Gryllidae). Nagranie… spod pierwszego stopnia schodów, prowadzących na taras mojego domu (maj 2013).
Opublikowano W terenie | Dodaj komentarz

Zmiany

Od dziś blog „Życie Ptaków” zmienia nazwę na „Ptakofonię” – zdecydowanie bardziej adekwatną do publikowanych tu treści i myślę, że ciekawszą. Adres bloga pozostanie jednak taki sam.
Ale zmiany obejmują przede wszystkim dział z odgłosami przyrody, który został poddany solidnej renowacji. To lista nowych nagrań, w wielu przypadkach zawierająca więcej, niż jeden rodzaj głosu danego gatunku oraz ich opis. Ponadto dział ten podzielony jest teraz na pięć grup: „Ptaki”, „Ssaki”, „Owady” (w większości prostoskrzydłe), „Płazy” i „Audiofotografie” (nagrania tła, np. stawu po południu). Na razie można słuchać jednak tylko połowy nagrań z odgłosami ptaków, ale lista będzie sukcesywnie uzupełniana.
Zapraszam więc do słuchania dźwiękowej kakofonii zasobów „Ptakofonii”.
Koniec również półrocznej przerwy we wpisach. Będą wiosenne wspomnienia ze stawów w Jeziórku, z lasu, z ogrodu i będą wpisy na temat głosów ptaków o charakterze bardziej naukowym.

Zachęcam więc, aby wpisywać się do grona śledzącego blog (na samym dole strony) w celu otrzymywania e-maili z powiadomieniami o nowych wpisach.

Sprzęt do nagrywania

Sprzęt do nagrywania

I jeszcze słowo o sprzęcie ze zdjęcia dla zainteresowanych. Od lutego tego roku jestem (raczej szczęśliwym) posiadaczem rejestratora Olympus LS-14. Jak dla mnie wprawdzie jego wbudowane mikrofony nie nadają się za bardzo do nagrywania głosów przyrody poza dźwiękami o niskiej częstotliwości, jak bąk, czy burza. W niektórych przypadkach (wodospad, morze, miasto, koncert) ciągle sięgam po mojego poprzedniego, mniej profesjonalnego LS-3 – dźwięk wówczas bardziej z niego mi odpowiada. Może i stereofonia jest węższa (co częściowo można naprawić „poszerzarką”), ale brzmienie – bardziej naturalne. LS-14 dobrze natomiast współpracuje z zewnętrznym mikrofonem Boya By-VM300PS.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Jak w kurniku

Mapa rezerwatu

Mapa rezerwatu

Nie mam teraz okazji na jakiś wypad w teren (brak dobrej pogody albo wolnego czasu). Sięgnąłem więc do cyfrowej szuflady ze zdjęciami, ale przede wszystkim – do szuflady wspomnień. Rezerwat „Kąty Rybackie” – Środa 23.07.2014 Pierwszy raz miałem okazję podziwiać tego typu rezerwat. Idąc z tatą przez las, usłyszałem na dobry początek przelatującego, odzywającego się krótkimi, miękkimi dźwiękami krzyżodzioba świerkowego. Podążając nad brzeg morza, mijaliśmy niewielkie wąwozy, wspinaliśmy się na małe wzniesienia i schodziliśmy z nich – wszystko to tworzyło nieco górski klimat. Przez cały czas towarzyszył nam jednostajny i lekko basowy szum morza, przedzierający się przez gęstwinę drzew. Wkrótce po wyjściu z samochodu, mieliśmy wrażenie, że brzeg jest już tuż, tuż, jednak on nie zbliżał się przez długi czas. Mylił nas leśny pogłos, który niósł szum fal daleko. To samo zjawisko obserwowałem nausznie spod domku letniskowego w Mikoszewie, gdzie nocowaliśmy. Wychodząc codziennie, tuż przed snem przed drzwi w celu usłyszenia ewentualnych głosów ptaków, zawsze z lasu słychać było szum, który niósł się znad brzegu przez ok. 1700 m – do nas.

Tęcza w Kątach_Rybackich

Nadmorska tęcza

Wracamy jednak do rezerwatu. Po dojściu nad brzeg, udaliśmy się w stronę zbliżającego się ku zachodowi słońcu. Za nami z morza wyrastała tęcza i powoli zataczała półkolę. Nad nami nie było chmur, jednak wiatr wschodni przywiewał padające ukośnie i z rzadka krople deszczu. Piasek pod butami natomiast, zamiast szurać, dźwięcznie brzmiał. Obok posztormowego oczka morskiego, przy którym żerowało kilka mew siwych, zeszliśmy z plaży w las i po chwili oglądaliśmy skutki gniazdowania na tym obszarze dużej liczby kormoranów czarnych.

Kormorany w rezerwacie

Kormorany w rezerwacie

Na kompletnie uschniętych drzewach wisiały duże gniazda, w oddali znaczyły się czarne sylwetki ich właścicieli, gałęzie krzewów i niższych drzew były przyozdobione białymi, niezwykle żrącymi, kormoranimi odchodami, niby śniegiem. Ściółka również była wyschnięta, w jednym miejscu leżał nieżywy kormoran, a nad tym wszystkim unosił się zapach, jak w kurniku. To kormoranie królestwo budziło lekką zgrozę oraz uświadamiało wielkość skutków bytowania tu tych czarnych ptaków. Było kilka takich obszarów martwej roślinności, wokół których rósł zupełnie zdrowy i niezamieszkany (zapewne jeszcze) przez te ptaki las.

Jeszcze więcej kormoranów

Jeszcze więcej kormoranów

Później spotykaliśmy więcej martwych kormoranów (średnio co 20 m), a także ich niezbyt przyjemnie wonne pióra. Na skraju jednego z martwych lasów ptaki wydawały kwacząco-piszczące dźwięki, ale zbyt cicho do nagrania. Poza tym, przeszkadzał szum pobliskiego morza. Tam również, zerwała się do biegu sarna, nieopodal przeleciał kruk, a prawie przez cały obchód rezerwatu oczywiście towarzyszyły nam popiskiwania małych ptaków.

Może i gatunkowo było bardzo ubogo, jednak warto było poczuć klimat tego miejsca. Na pewno tu wrócę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wykład – świetna rzecz

Opowiadanie o dzięciole

Opowiadanie o dzięciole

Dzięki uprzejmości pani Katarzyny Studzińskiej-Grzegorczyk oraz pana Tadeusza Maślacha miałem okazję gościć 4 grudnia, wraz z Weroniką Wołoszyn, na spotkaniu klas integracyjnych w Gimnazjum nr 2 w Stalowej Woli. Jako absolwenci tej szkoły, mieliśmy opowiedzieć co nieco o naszych zainteresowaniach. A tym samym przekonać uczniów, że pomimo niepełnosprawności, można coś ciekawego robić w życiu.

Opowiadałem o początkach mojej ptasiej pasji, „dlaczego warto obserwować ptaki”, o dokarmianiu i wieszaniu budek (jako łatwym i przyjemnym sposobie na rozpoczęcie przygody ze skrzydlatymi) – ze zdjęciami i filmikami na rzutniku. Przedstawiłem też parę ciekawostek w zachowaniu ptaków na nagraniach dźwiękowych i również filmikach.

Czyje to pióro?

Czyje to pióro?

Poza tym wykład był wzbogacony o pióra, małe jaja i inne rekwizyty. Aby zaciekawić słuchaczy, musi się jak najwięcej dziać oraz powinien istnieć kontakt pomiędzy obiema stronami. Skutek: cisza i brak ziewania ze strony uczniów, pomimo 40-minutowego mojego gadania.

Nie sądziłem, że opowiadanie o ptakach będzie tak przyjemne i że tak szybko stanę po tej drugiej stronie biurka nauczycielskiego 🙂

Weronika

Weronika

Weronika natomiast opowiadała o nauce pisma brajla, która u nas wygląda tak samo (od metalowej tabliczki ze specjalnym dłutkiem, poprzez maszynę brajlowską do laptopa z programem udźwiękawiającym) oraz o swojej pasji, jaką jest pisanie i literatura.

I tutaj polecam bardzo świeży blog Weroniki „Niewidzialny Świat”, na którym dzieli się spostrzeżeniami na temat książek, filmu, muzyki, publikuje efekty swojej twórczości, a także obserwacje i informacje ornitologiczne. Całość tworzy interesujący zestaw.

https://niewidzialnyswiat.wordpress.com/

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarzy

Koniec roku w zimowej scenerii

Samica pustułki

Samica pustułki

Trzy wypady w teren i szału nie było, choć obserwacje ciekawe i nowy gatunek (dzięcioł białoszyi) cieszy. 27 grudnia spotkałem z tatą samicę pustułki – ptaka wędrownego, jednak pewna część osobników jest osiadła. W tym wypadku, pustułkowa osiadła w polach pod Przędzelem (przy Sanie), zauważyliśmy ją na stercie słomy. Zdjęcia robione z samochodu niestety nie wyszły.

7 saren

7 saren

Kilkaset metrów dalej zgrupowało się ok. 10 saren (na zdjęciu jest 7), wcześniej przy Sanie było też 7 innych. W ostatni dzień roku, oprócz pięciu saren, zgrupowało się tu również ok. 15 bażantów, które jednak schowały się w zaroślach (w pobliżu przemieszczały się też inne) oraz ok. 20 kuropatw. Ich głos, to charakterystyczne, niemożliwe do pomylenia z innym dźwiękiem „cieoć, cieoć, cieoć…” lub bez „ć” na końcu.

Kuropatwy

Kuropatwy

Wtedy nie byliśmy w stanie nic usłyszeć zza szyby samochodu. Pierwszy i ostatni raz zetknęliśmy się z nimi w tym roku, jako ze 154. gatunkiem. Spłoszyliśmy je, jadąc drogą wzdłuż pobliskiego Sanu. Wylądowały one kilkaset metrów dalej, przy, można powiedzieć, głównej drodze, biegnącej przez te pola. Tam już były odważniejsze. Wyszły na drogę przed samochodem, a po chwili, z ociąganiem ustąpiły miejsce minibusowi, nadjeżdżającemu z naprzeciwka, schodząc na pobocze, a z czasem głębiej w pole. Podszedłem do nich na 10 m i wtedy usłyszałem i nagrałem ich furgot skrzydeł. Ptaki odleciały. Usłyszałem je, więc mogłem doliczyć do mojej listy tegorocznej. Okazuje się, że ich lot jest cichy i miękki, podczas, gdy bażanty podczas powietrznej ucieczki emitują skrzydłami dźwięk helikoptera – słychać głośny stukot. Zarówno bażanty, jak i kuropatwy pierwszy raz spotkaliśmy w tak dużej liczbie.

Zimowa dzierzba srokosz

Zimowa dzierzba srokosz

San nas rozczarował – brak ptaków na wodzie i brzegu przez oba opisywane dni. Tylko w Sylwestra pięć krzyżówek przeleciało ze świstem nad nami. Brak rzecznej awifauny wynagrodziła natomiast dzierzba srokosz – nasza pierwsza zimowa obserwacja tego drapieżnika (tak, tak, gdyż poluje on na gryzonie, czy drobne ptaki). Tak, jak w przypadku pustułki, ptak ten, wielkości kosa, jest częściowo osiadły. Na tych polach prawie zawsze można spotkać coś ciekawego.

Na oczku wodnym

Na oczku wodnym

Między tymi dwoma wypadami była jeszcze wycieczka nad San w pobliżu oczyszczalni ścieków w Stalowej Woli. Tam, w niedalekim oczku wodnym, zwabione ludzkimi „smakołykami” pływało ok. 100 krzyżówek i 2 łabędzie nieme. Wśród pierzastych biesiadników panowała zupełna swoboda: jedni ucztowali, drudzy się kąpali z radosnym kwakaniem, inni odpoczywali. Sympatycznie.

Dzięcioł białoszyi

Dzięcioł białoszyi

Nad Sanem tajemniczo i wietrznie. Wpasowała się w tą atmosferę samica dzięcioła białoszyjego (14. życiówki w tym roku) z pojedynczymi „ciuch”, bardzo podobnymi do głosu pospolitego dzięcioła dużego. Jednak u syryjczyka (tego pierwszego) „ciuchanie” jest bardziej przytłumione, a i w upierzeniu występują niemałe różnice.

Kormorany nad Sanem

Kormorany nad Sanem

I na koniec kormorany w kluczach po: 3, 3, 15 i 30. Liczyłem na więcej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz